| Mówili na mnie "pies" |
| Wtorek, 23 Luty 2010 09:07 | ||||||||
|
I nawet byłem z tego dumny. Teraz myślę, że każdego policjanta można jak psa skopać, zniszczyć i nikt słowa nie powie. Rozmowa z nadkomisarzem Karolem PrasałowskimNadkomisarz Karol Prasałowski, funkcjonariusz Centralnego Biura Śledczego w Łodzi, przez siedem lat udowadniał w sądzie, że nie współpracował z gangsterami i nigdy nie był członkiem grupy przestępczej. Prokuratura oskarżyła go na podstawie sfabrykowanych dowodów. Niektóre powstały w policyjnym Biurze Spraw Wewnętrznych. We wrześniu zeszłego roku Prasałowski został uniewinniony. Jednak prokurator złożył apelację, rozprawa odbędzie się 2 marca. Przez siedem lat nadkomisarz Prasałowski był zawieszony w służbie, także po wyroku uniewinniającym. Długo zabiegał o powrót do pracy. Niedawno został przywrócony, ale nie trafił z powrotem do Centralnego Biura Śledczego. Ma pracować w Komendzie Powiatowej w Pabianicach. Dla policji - tak sam uważa - jest nadal czarną owcą. Chce pan nadal pracować w policji? - Mój ojciec był przez 32 lata ławnikiem i kuratorem sądowym. Ja zawsze chciałem być policjantem. Nawet studia wybrałem pod tym kątem i jestem prawnikiem. Mam poczucie służby, chcę pomagać ludziom. Chcę wrócić także po to, by pokazać, że można. Jest tylu policjantów pomawianych przez gangsterów. Tylu, którzy trafiają do aresztu z powodu partackiej roboty prokuratorów lub policyjnego Biura Spraw Wewnętrznych. Część z nich pod presją, jeszcze w czasie postępowania sądowego, odchodzi na emeryturę. Innych, zgodnie z obowiązującymi przepisami, po roku zwalniają. Prokuratura postawiła panu cztery zarzuty. Jeden szczególnie poważny - zwłaszcza dla oficera Centralnego Biura Śledczego - udział w zorganizowanej grupie przestępczej. - Dla policjanta to śmierć cywilna. Reszta to mniejszy kaliber: nielegalne posiadanie broni, niedopełnienie obowiązków i przekroczenie uprawnień, bo miałem w komputerze niejawne dokumenty. Sąd uniewinnił pana ze wszystkich zarzutów? - Tak. W uzasadnieniu wyroku rozprawił się z argumentacją prokuratury. Jak to się zaczęło? Kiedy pana aresztowano? - 19 grudnia 2002, w czwartek. Mój synek skończył akurat trzy tygodnie. Dostałem telefon z komendy. Muszę przyjechać. Spotkał się ze mną na korytarzu mój naczelnik. Powiedział, że przyjechali do mnie z komendy w Katowicach. Taka bajka, że niby rozpracowywali mnie ci ze Śląska. Żebym nie miał pretensji do kolegów z komendy łódzkiej. Faceci z Biura Spraw Wewnętrznych dali mi postanowienie o przeszukaniu. Myślałem, że to żart. Ale nie wyprowadzali pana w kajdankach. - Przepis jest taki, ale kolega powiedział, że tego nie zrobi, że bierze na siebie odpowiedzialność, jeśli zechcę uciec. Uciec? Ja chciałem jak najszybciej wszystko wyjaśnić w prokuraturze. Przecież zarzucano mi, że współpracowałem z gangiem! Gdy jechał pan do sądu, miał pan nadzieje, że jakiś dociekliwy sędzia wyjaśni sprawę. - Po rozmowie z tymi z BSW i wizycie w prokuraturze już nie. Wiedziałem, że jestem wisienką na torcie, który upiekli. To parcie, żeby mnie zamknąć i odtrąbić sukces, już w sądzie było tak zauważalne, że nie miałem złudzeń. Adwokat po zapoznaniu się z aktami powiedział, że sprawa jest prościutka i dzisiaj wrócę do domu. A jak wyszedł po rozprawie aresztowej, stwierdził: "Karty zostały rozdane, moja obecność w sądzie nie ma żadnego znaczenia". To prawda. Sędzia nie dawał mu dojść do słowa. A ja zasłabłem na sali. W takiej atmosferze "sukcesu" ci z BSW i prokurator odpuścili sobie weryfikowanie zeznań obciążających mnie. Jak długo siedział pan w areszcie tymczasowym? - Pięć miesięcy. A mogłem krócej. Siedziałem tylko dlatego, że prokurator nie spieszył się z dostarczeniem do sądu niektórych niejawnych dowodów - chodzi o podsłuchy. Kiedy po trzech miesiącach kończył się pierwszy okres aresztowania tymczasowego, przywieźli mnie z aresztu do prokuratury. Widzę, że na prokuratorskim biurku leżą te materiały z podsłuchu i inne ważne odtajnione dowody. One świadczyły o mojej niewinności. A prokurator informuje mnie, że na drugi dzień jest posiedzenie sądu o przedłużenie aresztu dla mnie. Te dowody powinny być już u sędziego! Potem okazało się, że owo posiedzenie sądu w mojej sprawie przesunięto o następne dwa tygodnie. I choć prokurator miał jeszcze 14 dni na ich dostarczenie, nie zrobił tego. Czy to nie zatajanie dowodów? Sąd przedłużył mi areszt o dwa miesiące. A z jaką "mafią" miał pan współpracować? - Spirytusową. Jeden ze współoskarżonych powiedział w sądzie, że to pierwsza grupa przestępcza, która powstała na podstawie kodeksu pracy. Nie rozumiem. - Bo większość była pracownikami jednej firmy. Jej szef był zamieszany w nielegalny obrót spirytusem. Moim zdaniem większość z nich nie miała zielonego pojęcia o tych machlojkach. Ja znałem go od wielu lat. Był moim szkolnym kumplem. Wiedziałem, że prowadzi lewe interesy i wie dużo, dlatego zacząłem go wykorzystywać operacyjnie, jako źródło informacji. Jego była żona po rozwodzie walczyła z nim o prawo do opieki nad dziećmi i bardzo chciała mu dowalić. Poszła do prokuratury, oskarżając go o znęcanie się nad nią i dziećmi. Prokurator zainteresował się, podobno zupełnie przypadkowo, tym moim kolegą informatorem, a potem mną. Ja mogę jedynie domniemywać, że już wtedy szukano na mnie haka i wykorzystano tę kobietę. Zeznawała potem, że jestem zamieszany w interesy jej byłego męża. To na razie mamy zeznania jednego świadka. A jak wyglądało to produkowanie dowodów przeciwko panu w BSW? Przecież funkcjonariusze biura mają za zadanie nie tylko wyłapywać nieuczciwych policjantów, ale też oczyszczać tych pomówionych. - W komendach krąży takie powiedzenie: Jak BSW jakaś sprawa nie wyjdzie, to się chwalą, że kogoś wybronili. W stosunku do mnie i do innych policjantów robi się takie rzeczy, których ja nie zrobiłbym wobec najgroźniejszych gangsterów. Na przykład? - Świadka oskarżenia, czyli tę eksżonę, funkcjonariusze BSW zapoznawali z dowodami. Dostała do przesłuchania nagrania rozmów telefonicznych, czytała zeznania innych osób. Po co? - Żeby mogła wiarygodnie zeznawać, policjanci wozili ją w miejsca, gdzie rozgrywały się wydarzenia związane z tą sprawą. Ale, na moje szczęście, na kolejnej rozprawie zeznała, że cała jej wiedza pochodzi od prowadzących sprawę funkcjonariuszy. To jest w protokołach. Prokuratura przedstawiła w sądzie także inny "dowód" przeciwko mnie. Podsłuch rozmów telefonicznych. Policjant z BSW stwierdził, że rozpoznał na nagraniu mój głos. Na tej podstawie sporządził notatkę, że jestem aktywnym uczestnikiem grupy przestępczej, udzielam jej członkom porad, informuję o planowanych akcjach policji i w niektórych trudniejszych przedsięwzięciach biorę udział osobiście. To musiało być sporo tych nagranych rozmów? - Wszystkiego kilkanaście sekund. Jakieś nagranie, gdzie głównie padało słowo k... BSW nie zleciło badania fonoskopijnego. Nie zrobiła również tego prokuratura. A przecież to są rutynowe czynności w takiej sytuacji. A na podstawie tej właśnie spreparowanej notatki policjanta zostałem aresztowany przez sąd. Bo do sądu nie dostarczono w ogóle tych utajnionych nagrań i stenopisów z podsłuchów. One zostały przekazane sądowi po ponad trzech miesiącach od dnia aresztowania. To, co zrobił policjant sporządzający tę notatkę, to klasyczny przypadek przestępstwa - poświadczenie nieprawdy w dokumencie. A co zrobił prokurator, nie przekazując tego nagrania sądowi!? Dopiero ja sam walczyłem - już podczas procesu - o zbadanie, czy to mój głos. Okazało się, że na podstawie tak krótkiego dźwięku w ogóle nie można nikogo zidentyfikować! Było tego aż 4 sekundy! Czyli jednak mógł pan się bronić! - W ograniczonym zakresie. Każdy policjant ma z tym problemy, szczególnie taki z Centralnego Biura Śledczego, operacyjny. Dlaczego? - Jesteśmy związani tajemnicą państwową. Gdybym chciał się bronić, musiałbym ujawnić informatorów i tajemnice państwowe, i wiele rzeczy, o których się nie powinno mówić. Mamy to wpajane w szkołach, na szkoleniach itd. Ludzie muszą nam ufać, bo inaczej nigdy się niczego nie dowiemy. Dopiero minister spraw wewnętrznych mógł mnie zwolnić z tajemnicy. Świadomie odmówiłem zeznań i czekałem na decyzję ministra. Wcześniej, kiedy sam prowadziłem dochodzenia i występowałem o podobne zwolnienie w związku z prowadzonym śledztwem, czekałem dwa, trzy dni. Kiedy poszedł wniosek o odtajnienie dokumentów w śledztwie przeciwko mnie, trwało to kilka miesięcy! A prokurator we wniosku o przedłużenie mi aresztu podpierał się argumentem, że nie chciałem zeznawać. I tak posiedziałem kolejne dwa miesiące. W tej sprawie było zresztą więcej takich dziwnych zbiegów okoliczności. Na przykład? - Prokurator zarzucił mi, że złamałem przepisy policyjnej instrukcji o pracy operacyjnej, że przekroczyłem uprawnienia, bo chciałem udzielić pomocy przestępcy, czyli mojemu informatorowi. Żeby obalić zarzuty, zażądałem, by prokurator poprosił ministra spraw wewnętrznych o udostępnienie tej instrukcji. Kiedy prokuratura ją wreszcie otrzymała, okazało się, że w przesłanej kopii brakuje właśnie paragrafu 39. Tego, który był dla mnie taki ważny. Całe szczęście, że sąd to też zauważył. I jeszcze raz zweryfikował ten dowód. Pewnie przez przypadek ministerstwo przesłało nie tylko wersję papierową tej instrukcji, ale także elektroniczną. Pełną. Okazało się, że moje działania były zgodne z prawem. Z ciekawości sprawdzałem, kiedy ten paragraf zniknął z kopii. Ówczesny minister spraw wewnętrznych Krzysztof Janik podpisał decyzję o udostępnieniu dokumentu. Wymieniono tam kilka punktów do odtajnienia, ale bez tego właśnie, na którym opierałem swoją obronę. Czy ktoś zrobił to specjalnie? Komu się pan aż tak naraził? - Pyta pani, kto za tym wszystkim stoi? Mogę tylko spekulować. W 2002 roku prowadziliśmy z kolegą sprawę gospodarczą. Chodziło o oszustwa podatkowe na jakieś 25 milionów złotych. I tam pojawiały się wątki nielegalnego finansowania SLD. Zupełnie przypadkowo w to wdepnęliśmy. W kwietniu zatrzymaliśmy szefów pewnej łódzkiej firmy - małżeństwo związane towarzysko właśnie z tą partią i premierem Millerem. I się zaczęło. Na drugi dzień w komendzie interweniował w tej sprawie ówczesny wojewoda. Bez skutku - nie wypuściliś-my ich. Potem zostaliśmy z kolegą i naszym przełożonym wezwani do komendanta głównego. Kto wtedy był szefem CBŚ i komendantem głównym? - CBŚ rządził generał Szwajcowski, Komendą Główną - znany z afery starachowickiej generał Antoni Kowalczyk. Byłem zaskoczony. Robiłem dużo grubsze sprawy, ale nigdy w ciągu 48 godzin nie wzywano mnie do KGP. Tego dnia powinniśmy być w sądzie i pilnować sprawy, a my pojechaliśmy do Warszawy. Kowalczyka interesowało przede wszystkim, który z nas jest taki "rzutki", "wyrywny". Potem kolejne pytanie: jak dalej widzimy tę sprawę. Tłumaczę, że wątków jest wiele: uszczuplenia podatkowe, korumpowanie urzędników, powoływanie się na wpływy. Sprawa rozwojowa. Cała rozmowa trwała kilka minut. Wracając, zastanawialiśmy się: o co tutaj chodzi?! To był kwiecień. Mnie aresztowali w grudniu. Mojego partnera nieźle potem gnojono w pracy. Leczył się u psychiatry. Czytałem zeznania, że mój szef w połowie roku został wezwany do Komendy Głównej, do generała Szwajcowskiego, by napisał raport na mnie, bo już niby było wiadomo, że jestem członkiem grupy przestępczej. Nie napisał. - A jak pani myśli? Co się stało z tym małżeństwem, które wsadziliście do aresztu w kwietniu 2002? - Żonę wypuszczono bardzo szybko. Mąż, główny podejrzany, wyszedł z aresztu kilka dni po tym, gdy mnie zamknęli. Potem został skazany na cztery lata właśnie za korupcję. Ale dziwnym trafem wątek gospodarczy tej sprawy jakoś do tej pory nie może się skończyć. A przecież chodzi o niemałe pieniądze, ponad 25 milionów. A co z tymi, którzy fabrykowali dowody i prowadzili śledztwo? - Funkcjonariusz, który pisał notatkę dotyczącą podsłuchu, czeka na postanowienie prokuratury. Prokurator zaczął się nim interesować tylko dlatego, że ja nie odpuściłem. W 2004 roku napisałem pismo do KGP na temat wszystkich nieprawidłowości w postępowaniu prokuratury i policji. Odpisano mi, że przeprowadzono kontrolę i wszystko jest w porządku. Sprawdziłem. W czasie gdy oni mieli przeprowadzać kontrolę i zapoznawać się z aktami, ja je czytałem w sądzie! Czyli nikt z KGP o nie nie poprosił! Nie ma nawet wniosku policji w tej sprawie. Kiedy to ujawniłem, dostałem odpowiedź, że w tej sytuacji moje pismo powinno być potraktowane jako doniesienie o przestępstwie, więc odesłali je do prokuratury. Okręgówka wszczęła śledztwo. Od lipca 2006 ten prokurator, do którego miałem zastrzeżenia, przestał się pokazywać w sądzie na moich rozprawach. A jakie konsekwencje poniósł? - W kwestii niewłaściwego odtajnienia przez niego dokumentów postępowanie umorzono. Dla mnie ważniejsza jest sprawa podsłuchów, na których oparto oskarżenie. Przypuszczam, że moja skarga na prokuratora zostanie rozpatrzona jak zwykle w trybie administracyjnym. Dostanie jakąś naganę. Prokuratorzy rzadko trafiają przed sąd. Policjant w takim przypadku pewnie by został skazany. No a prokurator się "tylko" pomylił. Pana sprawa może zakończyć się 2 marca. Wtedy sąd rozpatrzy apelację prokuratury. Dlaczego prokuratura nie odpuszcza? - Nie chcą przyznać się do niekompetencji, a nawet nierzetelności. A co jest napisane w uzasadnieniu sądu? - Zaraz przeczytam: sąd "uniewinnia oskarżonego Karola Prasałowskiego od popełnienia czynów opisanych w punkcie I, III, IV aktu oskarżenia (...)" i dalej: "i w zakresie czynu opisanego w punkcie II aktu oskarżenia - posiadania pistoletu (...)". Te trzy pierwsze punkty to właśnie udział w zorganizowanej grupie przestępczej, przekroczenie uprawnień i owo niedopełnienie obowiązków. Razem ze mną uniewinniono cztery osoby z tej naszej niby--mafii. Jest jeszcze tajna część uzasadnienia, w której są dowody, że nie współpracowałem z grupą przestępczą. Ale tego ujawnić nie mogę. Wrócił pan teraz do służby. - Zostałem oddelegowany z CBŚ do Komendy Powiatowej w Pabianicach. Dobrze, że nie gdzieś na obrzeżach województwa! Zostałem w prewencji specjalistą do spraw wykroczeń! Jak mi powiedziano w komendzie wojewódzkiej, moje doświadczenie bardzo się tam przyda. Rzeczywiście, mam spore doświadczenie. Pracowałem wiele lat w CBŚ. Zajmowałem się wątkiem winiarskim w aferze zwanej łódzką "ośmiornicą". Dostałem za to Srebrny Krzyż Zasługi. Byłem szkolony przez amerykańskie służby specjalne, ukończyłem kurs w Akademii FBI w Budapeszcie. Przeszedłem szkolenia antyterrorystyczne, pirotechniczne oraz z technik obserwacji i ochrony osób. To wszystko przyda się w Pabianicach na pewno. Długo pan walczył o powrót do pracy? - Po wyroku byłem dwukrotnie w Komendzie Głównej. Pierwszy raz usłyszałem, że warunkiem jest dopiero prawomocny wyrok, choć przepis mówi, że policjanta można odwiesić, gdy tylko ustaną przesłanki zawieszenia. A przedłużanie zawieszenia może nastąpić w szczególnie uzasadnionych przypadkach. Jakie to są przypadki? Tego jakoś w przepisach szczegółowo nie określono. Drugi raz usłyszałem, że najważniejsze jest dobro służby. Czyli dla dobra służby wolą mi płacić za nicnierobienie. Farsa. A moje dobro jako obywatela?! Pan jakoś zagraża dobru służby? - Tak to można zrozumieć. Tłumaczono mi, że byłem zawieszony siedem lat, to nie powinno mi robić różnicy, jak jeszcze trochę poczekam. - Pewnie. Ale liczy się tylko dobre imię policji. My jesteśmy mięsem armatnim. Jest mnóstwo sytuacji, gdy policjanci operacyjni są wrabiani przez grupy przestępcze. Koledzy z ruchu drogowego i prewencji też są pomawiani. A co robi policja? Jak najszybciej pozbywa się czarnych owiec. Kardynalna zasada - oczyścić szeregi. Kiedyś, jak mówili na mnie "pies", to nawet byłem z tego jakoś dumny. Takie wyobrażenie, że jak się "psa" spuści, to on wywęszy i złapie. Teraz raczej myślę, że każdego policjanta można jak psa skopać, zniszczyć i nikt słowa nie powie. Można nas wyrzucić, zostawić bez perspektyw, bez szans na normalne życie. Szkoda, że do takiego wniosku człowiek dochodzi po 20 latach służby. Jak tak dalej będzie, skończy się etos naszej pracy. Profesjonalna służba musi dać ludziom możliwość, by jak najszybciej mogli się oczyścić z zarzutów, bez uszczerbku dla kariery. Nie mówię o ewidentnych sytuacjach, kiedy pijany gliniarz potrąci kogoś samochodem itp. Policjanta zawieszonego można po roku wydalić ze służby. Jednak nie słyszałam o procesie sądowym, który skończył się po 12 miesiącach. - Przepis o zwolnieniu po roku zawieszenia jest w ustawie od 2006 roku. Zwolnienie - oraz przyjęcie po zawieszeniu - zależy od przełożonego, jego uczciwości, odwagi, empatii i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Jeśli szef boi się o stanowisko albo - co często się zdarza - obawia się reakcji mediów, to usunie policjanta i już. Był taki komendant wojewódzki w Łodzi - Ferdynand Skiba, jedyny facet, który w tej instytucji nosił spodnie. W 2007 roku wdrożono procedurę wydalenia mnie, bo właśnie wprowadzono ten przepis o możliwości wydalenia po roku. Ja zawieszony byłem już z pięć lat. Komendant umorzył postępowanie. Ale stała praktyka jest: wyrzucać. Dlaczego? - Bo tak jest taniej. Nie trzeba płacić 50 proc. wynagrodzenia zawieszonemu. Ta sprawa wyjęła z pana życia siedem lat. - Wiele się zmieniło. Nie mam rodziny. Moja partnerka zabrała dziecko i odeszła. Wiązała się przecież z oficerem policji, nagradzanym, szanowanym, o nieposzlakowanej opinii, a tu okazało się, że żyje z gangsterem. I tak długo wytrzymała - brak pieniędzy, stres, nacisk środowiska. Musiałem pisać raporty o zapomogi. Pożyczałem od ludzi. Wypłacano mi wtedy 1400 złotych uposażenia. Tak funkcjonowałem do 2007 roku. Wtedy wygrałem proces z PZU. Byłem ubezpieczony na okoliczność zawieszenia w pracy. Ubezpieczenie przewidywało wypłacenie przez PZU drugiej połowy pensji. Oczywiście odmówili wypłat świadczenia. Wyszarpałem je dopiero po pięciu latach i procesie sądowym. Oprócz tego szlag trafił moją karierę. Wielu było przekonanych, że zostanę naczelnikiem. Miałem sukcesy. Teraz nawet po uniewinnieniu nie sadzę, żebym mógł kiedyś nim zostać. Ale wygrał pan proces z jedną z gazet o ochronę dóbr osobistych. - W łódzkim "Expressie Ilustrowanym" napisali, że mam dom na Mazurach i luksusowe mieszkanie, dwa samochody, wypasiony jacht - i wszystko z łapówek. A kto przekazał im takie informacje? - Jeden z naczelników z łódzkiego CBŚ. I dziennikarz uwierzył mu na słowo, nic nie sprawdzając. Przez te lata ktoś w policji pana wspierał. - Tak, ale nie chcę im zaszkodzić. Oczywiście po zatrzymaniu mnie zrobiła się okropna awantura. U nas w biurze, jak się dowiedziałem, aż kipiało. Przyjechał wtedy do Łodzi generał Szwajcowski gasić nastroje. Zrobiono uroczystą wigilię dla CBŚ. Kilku funkcjonariuszy trzeba było wyprowadzić, tak się burzyli. Podobno na niektórych wywierano później presję, sugerując, że zaszkodzi im wstawianie się za bandytą. A po wyroku? - Miesiąc temu dostałem informację, że po inwentaryzacji sprzętu brakuje mojej pałki, kajdanek i gazu. Mam oddać 77 złotych i 88 groszy. Jak nie zwrócę pieniędzy w ciągu 14 dni, sprawa trafi do sądu. Powiedziałem, że od razu idziemy do sądu, bo nie mam zamiaru płacić. Te rzeczy zostały w komendzie, gdy mnie zatrzymywano. Nie wiem, co się z nimi stało. Gdy wyszedłem z aresztu, zakazano mi wchodzić do komendy. Na szczęście już się z tego wycofali. Będzie się pan upierał, by wrócić do Centralnego Biura Śledczego? - Tam służyłem, tam mnie tak potraktowano i tam chcę wrócić. Należy mi się zadośćuczynienie za krzywdy. I nie mówię o pieniądzach. Zmuszano mnie, żebym odszedł na emeryturę. Nie poszedłem. Wdrożono procedurę zwolnienia mnie. Pójdę do sądu, bo mam odwagę, by pokazać, że uczciwego policjanta nie ma prawa spotkać to, co mnie spotkało. Organy państwa, prokuratura, policja nie zrobiły nic, co zgodnie z prawem powinny uczynić. Po prostu postawiły tezę, że jestem nieuczciwy, i zrobiły wszystko, żeby to udowodnić, a nie - dojść prawdy. I to ja przed sądem musiałem udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Dałem sobie z tym radę, bo się na tym znam. Ale co z ludźmi, którzy mają mniej determinacji, wiedzy, siły? Kto ich obroni w praworządnym kraju przed nieprawością? źródło: wyborcza.pl
Skomentuj:
|

